piątek, 7 listopada 2014

W poszukiwaniu idealnej okładki: "Wybrani"

Lubię, bardzo lubię, kocham oceniać okładki, krytykować je i porównywać. Dlatego dzisiaj prezentuję Wam okładki książki "Wybrani" CJ Daugherty z moimi komentarzami.

http://www.cjdaugherty.com/wp-content/uploads/2011/09/night-school-french-cover.jpgNa pierwszy ogień idzie okładka francuska, która jest dostępna również w Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Jest bardzo ładna, ale moim zdaniem nie pasuje do tej serii. Dziewczyna na zdjęciu jest piękna i tajemnicza, ale to nie Allie, ani też żadna inna postać z tej książki.













Teraz okładka niemiecka: totalnie brzydka. Coś czuję, że ktoś robił okładkę na odwal się, kojarzy mi się ona z bajeczkami dla dzieci, a nie z cyklem młodzieżowym. Powiało tandetą.















http://www.cjdaugherty.com/wp-content/uploads/2012/11/Israel-Night-School-cover.jpgOkładka izraelska: co to ma być? W tym budynku miałoby się pomieścić 200 albo i więcej dzieci? Dodatkowo sale lekcyjne, stołówka, a no i nauczyciele? Zdecydowane nie.


















Okładka z Danii: krótko mówiąc powiało nudą. Wow! - oko! Wow! - ozdoba literka! (ironia) A gdzie klimat powieści? Gdzie jakiś wątek, albo bohater? Albo chociaż szkoła jak w izraelskiej okładce? No właśnie: nie ma.



















http://www.cjdaugherty.com/wp-content/uploads/2012/08/Night-School-Serbia-cover.jpgOkładka z Serbii? Wreszcie mamy klimat. Mamy szkołę, nieco mroczne tło. Wszystko niby ok, ale czegoś brakuje. Ta okładka też nie do końca pasuje do tej serii, kojarzy mi się z jakimś tanim horrorem, ewentualnie jakimś romansidłem ze szczyptą kryminału i starym zamkiem, ale niewątpliwie jest lepsza od poprzedniczek.
















Okładka z Włoch? Ładna, naprawdę ładna, ale to nie jest to. Po prostu nie pasuje ani do tematyki ani do klimatu książki i nie ma żadnych powiązań z bohaterami lub kluczowymi wątkami. Nie lubię takich okładek, no niestety Włosi nie zachwyciliście mnie.


















Okładka ze Stanów. Moja ulubiona, może nie jest w 100% idealna, ale niewiele jej brakuje. Mamy ten mroczny klimat. Jest szkoła, dziewczyna. Naprawdę super. Niestety i tu jest problem: pozostałe tomy już nie wyglądają tak fajnie...


















I nadszedł czas na nasze ojczyste okładki, które chcę ocenić oddzielnie (trochę się poznęcam).

http://www.cjdaugherty.com/wp-content/uploads/2013/02/Polish-Night-School-Cover.jpgPierwsza część: "Wybrani". Hmm... zacznę od Allie. O ile dobrze pamiętam nie miała ona rozdwojenia osobowości, więc skąd pomysł na podzielenie jej twarzy? Po za tym wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej. Carter - mój Sylvain, naprawdę trudno się zorientować, który to który, zresztą sama autorka powiedziała, że to "Sylvain" jest Carterem. Wracając do "Cartera" to wygląda on dziwnie, ta marynarka (płaszcz?) kojarzy mi się z policją. A ten wzrok jest autentycznie zły. Może to tak naprawdę ani Carter ani Sylvain, tylko Nathaniel :) "Sylvain" - wzrok mówiący "przytul mnie, a potem ci przywalę". Inaczej nie mogę tego skomentować. Podobają mi się te litery i motyw szkoły na dole, tak właśnie ją sobie wyobrażałam. Z tyłu okładki mamy postacie, których nikt nie rozróżnia. A bok okładki jest czerwony. Krótko mówiąc okładka jest mocno przesadzona, klimatyczna, nawiązująca do serii, ale jest tego po prostu za dużo.





 Druga część: "Dziedzictwo". Tym razem zacznę od "Cartera" po prostu muszę to napisać, muszę: ON! JEST! NAPALONY! To wszystko jeśli chodzi o niego. Allie jest wystraszona, ale i tak wygląda o niebo lepiej niż na pierwszej okładce. Przytula się do "Sylvaina", który krzywo się uśmiecha i patrzy tak, że nie wiem nawet jak to skomentować. Jedna z jego rąk ginie gdzieś poza okładką, podejrzewam, że trzymał ją na ciele Allie w dość niepublicznym miejscu :) W tle mamy las, to akurat mi się podoba, a z tyłu okładki w tymże lesie jest mężczyzna i pies. Pewnie Nathaniel, ale (drobny szczegół) on miał owczarka niemieckiego. Bok okładki zielony. Mimo wszystko ta okładka jest najlepsza z polskich.










Trzecia część: "Zagrożeni". Tu nie będę  się rozpisywać, wszyscy wyglądają tak samo dziwnie, z tym, że w tle jest biblioteka i pojawia się mężczyzna (Nathaniel?). Bok okładki złoty.



















I czwarta część: "Zbuntowani". Allie, czy ty masz na szyi obrożę? Przykro mi to mówić, ale jeżeli to jest naszyjnik to wyjątkowo brzydki. Po za tym na tej okładce Twoje włosy jakby wyłysiały? Zdecydowanie masz ich mniej niż w 2 części czy 3. "Carter" jak zawsze rzuca wzrokiem wyzwanie. A "Sylvain"? On skojarzył mi się z Mateuszem Magą. Nie, nie z wyglądu, raczej przez to, że ciągle ma ten sam wyraz twarzy. W tle mamy miasto, z tyłu także, a bok okładki jest srebrny. Niestety muszę przyznać, że ta okładka jest najgorsza, nie licząc pierwszej.









Która okładka jest najlepsza? Ta ze Stanów Zjednoczonych, moim zdaniem kolejność od najlepszej do najgorszej wyglądałaby tak: USA, Serbia, mimo wszystko Polska, Wielka Brytania-Francja-Hiszpania, Włochy, Izrael, Dania, Niemcy.

A Wy co o nich myślicie?

czwartek, 6 listopada 2014

#1 John Green "Gwiazd Naszych Wina"

*Pierwszą recenzją nie może być recenzja innej książki niż "Gwiazd naszych wina" :) Recenzja napisana już jakiś czas temu.

Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.





Zawsze odnoszę się nieco, a nawet bardzo sceptycznie do książek zbierających same pozytywne recenzje, ale niestety (a może i "stety") moja również taka będzie. Na tę pozycję miałam chrapkę już od września, kiedy to po raz pierwszy widziałam w internecie ten tytuł. Spodziewałam się typowej powieści dla młodzieży + wątek o gwiazdach, dopiero później przeczytałam jej pierwszą recenzję. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam widząc dostawę książek do mojej szkolnej biblioteki, w której oprócz "Gwiazd naszych wina" wyłapałam kilka tytułów, które również mnie interesowały. Wypożyczyć mogłam ją dopiero po kilku tygodniach, bo jak się okazało była już do niej kolejka. Wreszcie dotarła do mnie 16 stycznia, a okazała się tak wciągająca, że pochłonęłam ją jednego dnia. A potem miałam ochotę czytać ją jeszcze raz i jeszcze... ale postanowiłam podzielić się z kimś tym geniuszem, wypadło na mamę, która jest nią tak samo oczarowana jak ja. Aktualnie mój egzemplarz odwiedził 8 osób. Rozmawiałam o niej z każdym, kto tylko chciał mnie słuchać, a jedyne co mi pozostało to czekać na kolejne książki Green'a.
Nie jest to typowa książka dla młodzieży tak jak myślałam na początku, ta książka jest czymś więcej.
Opowiada o miłości, śmierci, przemijaniu, znaczeniu człowieka. Kiedy w książce pojawia się tak wiele trudnych tematów można się spodziewać tylko dwóch rzeczy: albo będzie kompletnym fiaskiem, albo będzie arcydziełem. Nie ma czegoś pomiędzy i moim zdaniem "Gwiazd naszych wina" jest tym drugim. Jestem pewna, że cała książka zostanie na długo w moim sercu, zarówno bohaterowie ja i ich historia. Na pewno będzie to Augustus, którego jak większość dziewczyn chciałabym odnaleźć w mojej rzeczywistości i poślubić. Tak naprawdę to nie da się go opisać, wystarczy sięgnąć po książkę, aby momentalnie się w nim zakochać. Ja tylko uprzedzę, że jest cholernie zabawny, szarmancki i lojalny do samego końca. Szczególnie jego miłość do metafor jest cudowna, taka jak "palenie" niezapalonych papierosów i to jak o tym mówił: "...trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał."  
Hazel może nie jest aż tak barwna, ale nie sposób jej nie lubić. Przy tej postaci nie mogłabym nie dodać, że podobno wyglądam jak ona, albo ona jak ja :) Jest nieco cyniczna, ale w bardzo pozytywny sposób. Cieszę się, że to właśnie ona miała okazję zostać wybranką serca Augustusa, pasują do siebie idealnie. To piękna para. 
Jednak najbardziej, na równi z Augustusem postawiłabym Isaaca, który urzekł mnie całą swoją osobą, a najbardziej to chyba "Wieczorem niszczenia pucharów", a także tą odpowiedzią skierowaną do Hazel: "Czasami ludzie nie rozumieją wagi obietnic, gdy je składają - wyjaśniłam. Isaac spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- No jasne, oczywiście. Ale i tak należy ich dotrzymywać. Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu."
Oprócz tych postaci bardzo wyrazisty jest też Peter van Houten, autor fikcyjnej książki, która oczarowała Hazel i Augustusa. Jest wrednym alkoholikiem z trudną przeszłością. Nie odpisuje na wiadomości od fanów, co nieco przypominało mi samego Johna kiedy zrezygnował z wywiadu dla Lubimyczytac.
Wszystko jest dopięte na ostatni guzik: akcja ma idealne tempo, bohaterowie są świetnie wykreowani, jest to książka o poważnych sprawach i zawiera mnóstwo cudownych cytatów, a czytając ją jak wiele osób przede mną śmiałam się i płakałam.
Tak naprawdę to trudno jest opisać tę książkę, mogłabym użyć wielu synonimów słowa "fenomenalny" (widziałam to na jednej z recenzji), ale tej książki nie da się ocenić. John Green umieścił w tej książce następujące słowa: "Czasami trafiasz na książkę, która przepełnia cię dziwną ewangeliczną gorliwością oraz niezachwianą pewnością, że roztrzaskany na kawałki świat nigdy już nie będzie stanowił całości, dopóki wszyscy żyjący ludzie jej nie przeczytają. Ale są też dzieła takie jak to, o których możesz opowiadać innym, książki tak rzadkie i wyjątkowe, i twoje, że dzielenie się nimi wydaje się niemalże zdradą." A ja odwołując się do tych słów śmiem twierdzić, że "Gwiazd naszych wina" pasuje do obu tych definicji.

Moja ocena: poza skalą

+oczywiście muszę Wam polecić muzykę z filmu na podstawie tej pięknej książki, sama mam płytę i non stop jej słucham :)

Tradycyjny post na początek :D

Tak więc zaczynając blogować muszę się najpierw przedstawić. Jestem Hazel (ta druga). Możecie mnie nazywać właściwie jak chcecie, mam już tyle pseudonimów, że trudno je zapamiętać. Podam kilka z nich, może przypadną Wam bardziej do gustu niż Hazel: Enia, Bunia, Rita, Tofik, Karty, Hiszpanka. Co mogę powiedzieć o sobie? Właściwie najważniejsze wiadomości o mnie są w pasku bocznym, więc nie wiem co mogłabym dodać. Umówmy się tak, jeśli będziecie chcieli coś wiedzieć to napiszcie. A tym czasem mówię Wam po prostu: "Witajcie!"